Paweł Korpuliński miał sporego pecha podczas czwartej odsłony tegorocznej serii Mistrzostw Europy Drift Masters. Mimo tego z uśmiechem wspomina rundę w stolicy Łotwy.

  • Ryga jest fantastycznym miejscem – podkreśla utytułowany drifter ze stolicy. – Atmosfera tam zawsze jest fenomenalna, ludzie są niesamowici. Trybuny podczas zawodów były wręcz przepełnione. Mimo, że w trakcie zawodów nie wszystko poszło po naszej myśli, to jednak bardzo cieszymy się, że mogliśmy być częścią tego wspaniałego wydarzenia. Już nie możemy doczekać się powrotu tam w przyszłym roku.

Faktycznie, podczas tej rundy bynajmniej nie wszystko ułożyło się po myśli zespołu. Co prawda po trzech udanych sesjach treningowych, które odbyły się pierwszego dnia w ekipie wiało sporym optymizmem, jednak motorsport po raz kolejny pokazał swoje nieprzewidywalne i bezwzględne oblicze. Kłopoty Pawła Korpulińskiego zaczęły się drugiego dnia z rana podczas sesji rozgrzewkowej. Kłopoty ze wspomaganiem kierownicy sprawiły, że driftingowy mistrz Szwecji z 2017 roku wykonał w ramach rozgrzewki tylko jeden przejazd. Serwis uporał się z usterką, dzięki czemu Paweł w kwalifikacjach zajął wysokie, 10. miejsce zdobywając dobrą notę – 85 punktów. Gdy wydawało się, że pech już opuścił w tym dniu warszawianina, to jednak niestety po raz kolejny dał znać o sobie. Na etapie TOP 32 Korpuliński zmierzył się z późniejszym zwycięzcą całych zawodów – Martinem Richardsem. Podczas przejazdu, w którym Paweł gonił Brytyjczyka, zsunęła mu się prawa tylna opona, co sprawiło, że ostatni łuk pokonał już praktycznie na samej feldze. Do TOP 16 przeszedł więc Richard, a kierowca BMW 1M musiał pożegnać się zawodami już na tym etapie rywalizacji.

  • Cóż, przyjeżdżając tutaj niewątpliwie liczyliśmy na wiele więcej, jednak taki jest ten sport, taki jest drifting – stwierdza Paweł Korpuliński. – Trzeba jak najszybciej przestać myśleć o niepowodzeniu i dalej konsekwentnie robić swoje, tym bardziej, że przed nami w tym sezonie jeszcze kilka ważnych startów.